Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

9.02.2015
poniedziałek

Wiara bez wiary

9 lutego 2015, poniedziałek,

Już wiadomo, jaki jest motyw przewodni berlińskiego festiwalu. Wbrew pozorom nie polityka, która wszystkim rozpala teraz głowy – od Rosji i Ukrainy po Syrię i Bliski Wschód – tylko pytania o różne oblicza zakłamanej duchowości.

Wiara bez wiary, iluzje związane z poszukiwaniem jakiegoś wyższego porządku, martwy religijny rytuał służący za przykrywkę do uprawiania najstraszniejszych patologii: pedofilii i ludobójstwa. To starały się pokazać najlepsze do tej pory filmy w konkursie.

W rewelacyjnym hiszpańskim dokumencie „The Pearl Button” Patricio Guzman upomina się o pamięć Patagońskich Indian wymordowanych w XVI wieku przez kolonizatorów przybyłych z chrześcijańskiej Europy. Eksterminację tubylców, traktowanych i zabijanych jak dzikie zwierzęta (kto przynosił skalp albo fragment ciała, dostawał sowitą nagrodę), zestawia z okrutną falą skrytobójczych zabójstw ofiar reżimu Pinocheta. Ludzi torturowano, pakowano z dwóch stron w plastikowe worki, potem kładziono na nie 30-kilowe metalowe szyny i skręcano drutami. Ładunki ze szczątkami zrzucano z helikopterów do morza. Chile – kraj o najdłuższej linii brzegowej, gdzie rozkwitała niegdyś unikalna kultura Indian wierzących w reinkarnację i zamianę dusz w gwiazdy – stał się w ten sposób jednym z największych cmentarzysk Ameryki Południowej.

W „Ixcanul” Jayro Baustamante naiwne wierzenia Majów (np. kobieta w ciąży odstraszy jadowitego węża, pierwszy stosunek seksualny nie wywołuje zapłodnienia, bóg chroni życie) stają się przyczyną ich tragedii. Nie dość, że dają się wykorzystywać przez bogatych, sprytnych hodowców kawy jako tania siła robocza. To zacofanie i analfabetyzm uniemożliwiają jakąkolwiek obronę przed doskonale zorganizowanym procederem handlu dziećmi, w który zaangażowani są lekarze, notariusze, sędziowie, dyrektorzy sierocińców, czyli górna warstwa społeczeństwa. W materiałach prasowych można wyczytać informację, że dzięki m.in. kultywowanym przez Majów zabobonom licząca 14 milionów mieszkańców Gwatemala stała się największym na świecie eksporterem dzieci.

Ale to nic w porównaniu z szokiem, jaki wywołuje hiszpański dramat psychologiczny „The Club” Pablo Larraina, poświęcony katolickim księżom pedofilom chronionym przez Watykan. Suspendowani, przebywają w miejscu odosobnienia (tytułowym klubie), zabawiając się grą na wyścigach chartów. Nie czują żadnej winy, nie rozumieją wyrządzonego zła, nie mają cienia empatii.

Odsunięci od posługi duszpasterskiej okazują się pospolitymi zboczeńcami, sadystami, którym nie przyjdzie na myśl nazwać się kryminalistami. Film nie jest jednostronnym, łatwym oskarżeniem. Tworzy przerażający obraz moralnego załgania i wzajemnego przyciągania religijnej wspólnoty, która niczego nie potrafi rozliczyć ani zmienić.

W ten dyskurs, co jest prawdziwe, do czego służy wiara i jakie są tego konsekwencje, doskonale wpisuje się „Ciało/Body” Małgorzaty Szumowskiej. Najwybitniejsze dokonanie polskiej reżyserki, która jak mało kto potrafi obnażać niepewność i słabość rzeczy pozornie oczywistych. Jej film jest ironicznym spojrzeniem na paradoksy życia i zachowania ludzi, którzy muszą się zmierzyć z tajemnicą śmierci. Szumowska fenomenalnie operuje lękami bohaterów, poddaje w wątpliwość ich wiarę, zestawiając z faktami, które trudno racjonalnie wytłumaczyć.

Maja Ostaszewska, „Body/Ciało” reż. M. Szumowska

Maja Ostaszewska, „Body/Ciało” reż. M. Szumowska

Opowiedziane nowoczesnym językiem „Ciało/Body” rozwija niektóre pomysły Austriaka Ulricha Seidla, dowodząc odwagi, błyskotliwej inteligencji i wyjątkowej wrażliwości Szumowskiej, która wyrasta na jedną z ważniejszych europejskich autorek. Trzeba też podkreślić, że najmocniejszym punktem jej filmu – oprócz czarnego humoru i roboty operatorskiej na najwyższym poziomie – są zaskakujące kreacje aktorskie Janusza Gajosa i Mai Ostaszewskiej, dla której był pisany scenariusz. To wyżyny aktorstwa, ale ekranowa metamorfoza Mai, która gra tragikomiczną nawiedzoną psychoterapeutkę uważającą się za medium, po prostu rozkłada na łopatki.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Dlaczego nie ma żadnych komentarzy do tak przejmującego opisu męczeństwa za „wiarę”? Sama niestety nie pasjonuję się tą dziedziną sztuki jaką jest kino, chociaż pewne filmy, tzw. kamienie milowe w historii kina obejrzałam; tak czy inaczej na poważnego partnera do dyskusji nie nadaję się. Ale to co Pan Redaktor napisał skierowane jest do wszystkich, nawet tych o najniższym progu wrażliwości. I dobrze, że takie filmy pojawiają się w miejsce badziewia o wojnach gwiezdnych, chociaż nie jestem pewna czy rzeczywiscie chciałabym je zobaczyć ze wzgledu na bezmiar okrucieństwa; z tych samych powodów nigdy nie byłam w byłym obozie w Oświęcimiu.
    Przesyłam Panu wyrazy sympatii.

  2. Małgośka Szumowska ma wielki talent i mnóstwo swoich wad własnych jako reżyser, które skażają jej filmy. Przede wszystkim za bardzo wsłuchuje w swoją własną histeryczność, wpada w spirale emocji i za bardzo się na nich koncentruje. Jej filmy robią się przez to niekonsekwentne i dość chaotyczne. Mam nadzieję, że w „Ciało/Body” pani Małgorzata już nieco schłodziła głowę.

  3. Dobrze napisany tekst, przeczytałem z przyjemnością, mimo ponurej tematyki.
    Dobrze, że kino zajmuje się tematami na serio i bardzo serio i nie zamienia tego w ugłaskany banał.
    Z filmów na serio, mam cały czas w pamięci Javiera Bardema w obrazie „W stronę morza”, który traktuje o sensie życia, i jego końcu na własnych warunkach. To chyba najlepszy film o własnej decyzji na temat kresu życia, jaki widziałem. Dla Bardema to był początek wielkiej filmowej kariery.

  4. Dobrze napisany tekst, przeczytałem z przyjemnością, mimo ponurej tematyki.
    Dobrze, że kino zajmuje się tematami na serio i bardzo serio i nie zamienia tego w ugłaskany banał.
    Z filmów na serio, mam cały czas w pamięci Javiera Bardema w obrazie „W stronę morza”, który traktuje o sensie życia, i jego końcu na własnych warunkach. To chyba najlepszy film o własnej decyzji na temat kresu życia, jaki widziałem. Dla Bardema to był początek wielkiej filmowej kariery.

  5. Ja, jako produkt kato-reliktowego promieniowania tła,bez udowodnionego źródła pochodzenia,cieszę się z faktu,że film „The Club”
    powstał w tak skrzywdzonym katolicyzmem kraju ,jakim jest Hiszpania,co daje nadzieję,że i w naszym kraju ta choroba popromienna jakim jest wiara,ulegnie przynajmniej połowicznemu rozpadowi.
    Viva!España!
    P.S.
    Czy polscy dystrybutorzy biją się o ten film?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php