Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

11.02.2015
środa

10 dni, które wstrząsnęły Eisensteinem

11 lutego 2015, środa,

Co jest dzisiaj skandalem w kinie? Dla Rosjan bojkotujących pokaz „Eisenstein in Guanajuato” z pewnością było to widowisko Petera Greenawaya.

Uwielbiający szokować i prowokować opinię publiczną Brytyjczyk (wieścił swego czasu nadejście rewolucji kubistycznej w kinie i śmierć tradycyjnej formy narracji) tym razem dowcipnie rozprawia się z krążącymi od dawna, lecz oficjalnie wyciszanymi przez Moskwę pogłoskami na temat domniemanego homoseksualizmu pioniera socrealizmu i sowieckiej propagandy Sergieja Eisensteina, autora wiekopomnego „Pancernika Potiomkina” oraz stalinowskiego „Iwana Groźnego”.

Film Greenawya skupia się na meksykańskim epizodzie kariery artysty, gdy po krótkim pobycie w Hollywood na zaproszenie producenta Jesse L. Lasky’ego – i po podpisaniu wymarzonego kontraktu na zrealizowanie dowolnego filmu w Meksyku według własnego projektu artystycznego – w grudniu 1930 r. wylądował w Guanajuato. Dzieło roboczo zatytułowane „Niech żyje Meksyk!” nigdy nie zostało ukończone. Eisenstein wykorzystał wprawdzie kilkadziesiąt kilometrów taśmy, lecz materiał zostawił w archiwach. Zmontował je dopiero długo po jego śmierci jego współpracownik Grigorij Aleksandrow w 1979 r.

Greenaway stawia śmiałą tezę, że twórcę intelektualnego montażu pochłaniał wtedy namiętny romans z przystojnym Meksykaninem, który pomógł słynnemu komuniście zerwać kajdany obyczajowej pruderii. Przed wyjazdem do Meksyku Rosjanin – jeśli wierzyć Greenawayowi – był dziewicą. Złamanie seksualnego tabu (za sodomię groziła w jego ojczyźnie zsyłka do łagru na minimum 10 lat) było dla niego wydarzeniem epokowym na miarę rewolucji październikowej.

Oczywiście zostało to w filmie odpowiednio sugestywnie ukazane. Przełomowa noc kończy się wetknięciem miniaturki czerwonego sztandaru między pośladki wielkiego reżysera. Aby pointa mogła mocniej wybrzmieć, wcześniej oglądamy z detalami godnymi kina soft-porno przeciągającą się w nieskończoność grę wstępną nagusieńkich aktorów. Przeplataną pornograficznymi grafikami rysowanymi kto wie, czy nie ręką samego Picassa albo Beardsleya.

Rosjanie mogli się poczuć obrażeni również innym konkursowym filmem, który nie do końca jednak przypadł do gustu berlińskiej publiczności. Mowa o rosyjsko-ukraińsko-polskiej koprodukcji „Pod elektrycznymi chmurami” Aleksieja Germana Juniora, w której reżyser w niezbyt korzystnym świetle stawia rosyjską inteligencję. Zrealizowana w formie poetyckiego snu, rozgrywająca się na rozgrzebanej budowie w 2017 roku (!), podzielona na siedem rozdziałów – bardziej tylko sugeruje, niż pokazuje wprost niemoc i alienację nienawidzącego się postsowieckiego społeczeństwa w stanie duchowego upadku. Gdzie więcej myśli się o nadciągającej wojnie, a nie ma miejsca na prawdziwą miłość, bezinteresowność i wiarę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Rosjanie stale się obrażają na swoją prawdę historyczną i ciągle tworzą historię nową, której też będą się wstydzić. Na odczycie historycznym Normana Daviesa zorganizowanym w Ambasadzie Polskiej w Moskwie rosyjscy historycy i politycy zrobili wielkie oczy dowiadując się od tego historyka, że Związek Radziecki aktywnie uczestniczył w II Wojnie Światowej od dnia 17 września 1939 roku. Jak gdyby nie wiedzieli, że stali się kaźnią dla setek tysięcy Polaków zabijanych na miejscu „po radziecku” strzałem w tył głowy oraz ginących z głodu, zimna i wycieńczenia w transportach na wschód. Nie mamy ich za co kochać, chociaż strażnicy sowieckiej okupacji w Polsce zrzeszeni w PZPR wpisali do Konstytucji PRL obywatelski obowiązek miłości do ZSRR.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php