Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

18.05.2015
poniedziałek

Przemijanie

18 maja 2015, poniedziałek,

Śmierć to jazda obowiązkowa – temat pojawiający się na każdym liczącym się festiwalu. W Cannes nie mogło go zabraknąć.

„Moja matka”, poświęcona zmarłej kilka lat temu matce Nanni Morettiego, okazała się jednym z największych odkryć. Wszyscy spodziewali się surowego dramatu na miarę „Pokoju syna”, za który reżyser dostał już Złotą Palmę w 2001 r.

„Moja matka”

„Moja matka”

Na przekór oczekiwaniom Moretti nie nakręcił elegii oswajającej ból po stracie bliskiej osoby, nauczycielce łaciny, u której stwierdzono nieznaną chorobę (odeszła podczas kręcenia „Habemus papam”) – tylko lekki, pogodny, nawet chwilami bardzo zabawny film o artyście odczuwającym groteskowe, nieznośne, schizofreniczne rozdarcie między wzniosłością a banalnością życia wypełnionego przyziemnymi obowiązkami.

Kiedy bohaterka (porte-parole reżysera) grana przez Margheritę Buy przebywa na planie zdjęciowym, myśli o matce pozostawionej w szpitalu. Gdy jest przy matce, martwi się o córkę przeżywającą kłopoty w szkole. Gdy jest przy córce, zastanawia się, czy ściągnięty z Hollywood gwiazdor podoła powierzonej mu roli.

Autoironia działa jak balsam odciągający od mroku żałoby znaczonej intensywną muzyką Arvo Parta. Wygłupy Johna Turturro grającego karykaturę amerykańskiego celebryty, narcyza i mitomana dodającego sobie charyzmy opowieściami o rzekomej współpracy ze Stanleyem Kubrickiem – wzruszają do łez. Moretti wielokrotnie dawał świadectwo, że w taki właśnie sposób traktuje swoje życie. Szczerość osiąga poprzez dystans, śmiech towarzyszy mu, gdy zwierza się ze słabości. Tu odnalazł najwłaściwszy ton równoważący smutek, podniosłość, tragizm przemijania. Osiągnął to prostymi, realistycznymi środkami, bez barokowej przesady i surrealistycznego sarkazmu jak w „Wielkim pięknie” Paolo Sorrentino, do którego – paradoksalnie – można porównać skromną, wyciszoną „Moją matkę”.

W poruszającym przygotowywanym wiele lat dokumencie „Amy” Asifa Kapadii o przedwcześnie zmarłej genialnej piosenkarce śmierć ma twarz uśmiechniętej Amy Winehouse. Kochana i nienawidzona padła ofiarą własnych demonów. Śpiewała jak sześćdziesięcioletnia, dojrzała, murzyńska wokalistka, łącząc elementy afroamerykańskiego jazzu, soulu i hip hopu. Krytycy widzieli w niej nowoczesne wcielenie Ronnie Spector, Billy Holiday, Sarah Vaughan i Edith Piaf. Jak Kurt Cobain Amy zginęła tragicznie w wieku zaledwie 27 lat z powodu przedawkowania narkotyków i alkoholu.

„Amy”

„Amy”

W filmie składającym się w większości z wyciągniętych z prywatnych archiwów materiałów, które nigdy wcześniej nie były upubliczniane, najbardziej szokują wypowiedzi jej przyjaciół – m.in. współpracownika Salaama Remi, producenta Nicka Shymansky’ego, koleżanek z dzieciństwa i ojca Mitcha. Dla nich wszystkich był to rodzaj psychoterapii, otrząśnięcia się z traumy po alkoholowo-narkotykowym, autodestrukcyjnym rajdzie divy.

Reżyser zyskał ich zaufanie. Po raz pierwszy zgodzili się otwarcie mówić o jej licznych uzależnieniach, m.in. bulimii. Przeprowadził z nimi ponad sto wywiadów. Nagrywał ich w wyciemnionym pomieszczeniu. Układa się z tego portret nieszczęśliwej, nadwrażliwej kobiety z północnego Londynu, którą zniszczyło nieudane małżeństwo rodziców i toksyczna miłość do Blake Fieldera Civila, muzyka, narkomana i złodzieja.

Film stara się odtworzyć tę bardzo skomplikowaną uczuciową relację, interpretując ją m.in. słowami piosenek pisanych przez Amy. Efekt jest zaskakująco prawdziwy.

Tej prawdy niestety zabrakło „The Sea of Trees” Gusa Van Santa – nadętej, płaskiej, patetycznej przypowieści o depresji i samobójstwie bezlitośnie wybuczanej przez krytyków. Nie pomógł talent Matthew McConagheya wcielającego się w profesora fizyki, który po śmierci swojej żony kupuje bilet w jedną stronę do Tokio i postanawia skończyć ze sobą w lesie Aokigahara. Wedle wyszukiwarki Google jest to najczęściej wybierane miejsce przez samobójców (policja znajduje tam sto trupów rocznie).

„The Sea of Trees”

„The Sea of Trees”

Wszystko na ekranie wygląda sztucznie, łącznie z płynnie mówiącym po angielsku japońskim aktorem Kenem Watanabe, mało przekonującym w roli przemarzniętego nieszczęśnika, któremu nagle odeszła ochota na odbieranie sobie życia.

Van Sant tak jak Moretti jest również laureatem Złotej Palmy. Tym razem jednak i to zdanie „The Hollywood Reporter” ma szansę ustanowić rekord na najgorszy film festiwalu od czasu niesławnego „Brown Bunny” Vincenta Gallo.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. „Wszyscy spodziewali się surowego dramatu na miarę „Mojego syna”, za który reżyser dostał już Złotą Palmę w 2001 r.”

    Z tego co pamiętam to chyba raczej „Pokój syna”? Poza tym dlaczego ani słowa o „Carol”?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php