Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

15.05.2016
niedziela

Ach ten straszny, bezduszny system

15 maja 2016, niedziela,

Nie Steven Spielberg ze swoją sentymentalną sygnowaną przez Studio Disneya bajką „The BFG” o bezinteresownej miłości chłopczyka do dziadka (i na odwrót), tylko Maren Ade, młodsza o dwa pokolenia niemiecka reżyserka, była gwiazdą minionego weekendu.

Niczego specjalnego po jej trzygodzinnym filmie „Toni Erdmann” o odbudowywaniu relacji ojca emeryta i jego dorosłej córki się nie spodziewano. A jednak wywołał burzę i zebrał najwyższe noty. Głównych wykonawców, Sandrę Huller i Petera Simonischeka, trudno będzie pominąć w gronie kandydatów do aktorskich trofeów.

Twórcy filmu „Toni Erdmann”

Twórcy filmu „Toni Erdmann”

Humor tej przewrotnie zaskakującej komedii od pierwszych chwil wydaje się naiwny. Ileż można się nabijać z nadgorliwości i braku życia prywatnego korporacyjnej pracoholiczki? Trzydziestoletnia menadżerka z międzynarodowej firmy naftowej oddelegowana do Bukaresztu traktuje Rumunów jak frajerów, których bez skrupułów wolno wyrzucać na bruk i okradać. Etyka zawodowa dla niej nie istnieje. Kłamie, idzie po trupach, niczego złego w swoim postępowaniu nie widząc. Wydaje się bezwzględną, pozbawioną zasad bizneswoman. Rzecz nie polega jednak tylko na wyśmianiu ról, z którymi żądna sukcesu kobieta zbyt mocno się utożsamia. Tylko na zrzuceniu masek. Na obnażeniu umowności całego systemu do końca.

„Czy ty naprawdę jesteś jeszcze człowiekiem?” – zastanawia się ojciec, nauczyciel muzyki. Panikę w córce budzą też pytania o znaczenie takich słów jak szczęście, dom czy sens życia. Robiąc z siebie błazna, wygłupiając się i przeszkadzając w wypełnieniu korporacyjnej misji, ojciec żartowniś stara się przypomnieć jej o wszystkim, co w sobie stłumiła, zamknęła i zablokowała. Moment, gdy to w końcu następuje, jest tak silny emocjonalnie, że wiele osób na widowni zaczyna bić brawo. Kobietę, która budziła litość, a nawet obrzydzenie (scena seksu z jej udziałem to trudny do opisania rytuał kończący się zjadaniem ciastka oblanego spermą), nagle zaczyna się rozumieć i lubić. A potem jeszcze jedna nieoczekiwana zmiana, komiczny obrazek niczym z Monty Pythona, przyjęcie w strojach Adama i Ewy – próba ostatecznego złamania zasad, dzięki czemu kolejny raz ulega zmianie punkt widzenia.

„Toni Erdmann”

„Toni Erdmann”

Wizualnie nie jest to żadne arcydzieło. Dobra telewizyjna robota. Można się czepiać, że trwa zbyt długo, początek należałoby porządnie skrócić. Ale to wszystko przestaje się liczyć wobec terapeutycznej mocy filmu. Chyba wszyscy w mniejszym lub większym stopniu cierpimy dziś z powodu przepracowania, odczuwamy obezwładniającą pustkę nowoczesnego świata i nienaturalność zawodowych kontaktów, potrzebujemy autentycznych, opartych na cieple i czułości rodzinnych więzi. Dzięki „Toniemu Erdmannowi” jesteśmy w stanie jakoś to wszystko odreagować.

Zawiódł natomiast „American Honey” – z dużymi nadziejami oczekiwany nowy film Andrei Arnold („Fish Tank”, Red Road”). To jakby dzieło lżejszego kalibru, improwizowane kino drogi o destrukcyjnej sile marzeń dyktowanych przez młodzieżową pop kulturę, choć z ogromnymi ambicjami wykrzyczenia całej prawdy o straconym pokoleniu współczesnych, wyrzuconych na margines dwudziestolatków. Nie tak formalnie błyskotliwe jak „Spring Breakers” i niestety równie mało odkrywcze w warstwie treściowej.

Fabuła przykryta mocnymi brzmieniami t-rapu (od Sama Hunta, Kevina Gatesa, Lee Brice’a po Juicy J) opisuje losy bezrobotnej osiemnastolatki z Teksasu o wdzięcznym imieniu Star – pamiątka po niespełnionym marzeniu jej matki. Pragnie zmian, lecz przyszłość rysuje się przed nią w ciemnych barwach. Opiekuje się porzuconym przez matkę młodszym rodzeństwem, jej chłopak to degenerat. Żyje z przeszukiwania okolicznych kontenerów z przeterminowaną żywnością. Gdy w końcu wpada na grupę młodych luzaków, ulicznych sprzedawców, dla których seks bez zobowiązań, alkohol pity bez umiaru, palenie trawy na śniadanie i nieustanna zabawa przy głośnej muzyce stanowią nieodłączną część ich życia – widzi w tym szansę dla siebie.

Aktorstwo oraz muzyka to niewątpliwie największe atuty amerykańskiej odysei Andrei Arnold, przekonującej, że pod elektryzującą, głośną fasadą kryją się skomplikowane emocje i brudna walka o pieniądze. Debiutantka Sasha Lane świetnie się sprawdza w roli naiwnej buntowniczki tracącej rozeznanie, co dla niej ważne. Partneruje jej Shia LaBeouf (m.in. „Gangster”, „Nimfomanka”) jako sprytny, ale zagubiony w swoich uczuciach były kieszonkowiec. To najwybitniejsza kreacja filmowa w jego karierze.

Shia LaBeouf

Shia LaBeouf

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php