Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

Kino i śmierć

Czym jest piekło? Światem bez narkotyków. W filmie Davida Cronenberga „Maps to the Star”, reklamowanym jako najczarniejsza z czarnych satyra na Hollywood, tego rodzaju dowcipów pada mnóstwo. Mało kto się jednak z nich śmieje, bo Kanadyjczyk szybko zmienia tonację na poważniejszą. Kończy zaś w bliskiej mu konwencji surrealistycznego dramatu z elementami horroru.

„The Hollywood Reporter” uznał, że film jest tak przygnębiająco smutny, że ci najbardziej zainteresowani, czyli celebryci, raczej będą go omijać szerokim łukiem. Co tak boli? Ekranizując ostry jak brzytwa scenariusz, Bruce Wagnera Cronenberg wypunktował najgorsze cechy tego środowiska. Próżność, zawiść, niemoralność, głupotę, nepotyzm oraz coś, czego nikt jeszcze chyba w amerykańskim kinie nie dotknął z taką siłą: kompletną dewastację psychiczną najmłodszego pokolenia aktorskiego. Mówimy o dziewięcio–trzynastolatkach zachowujących się jak rozkapryszone potwory.

Fabuła jest czystą fikcją, co stanowczo podkreślał na konferencji prasowej reżyser, prosząc, by nie odbierano jego filmu wyłącznie jako ataku na Hollywood. Taką samą desperacją – twierdzi – kierują się maklerzy z Wall Street czy pracownicy Doliny Krzemowej. To oczywiście prowokuje do poszukiwania pierwowzorów. Podpowiedzi, np. nazwisko Juliette Lewis, padają zresztą z ekranu.

Mamy tu bajecznie bogatego nastoletniego gwiazdora-narkomana wracającego z wielomiesięcznej terapii odwykowej.

Evan Bird w roli rozpuszczonego filmowego gwiazdora. Fot. Cannes Festival

Jego siostrę piromankę marzącą, by go poślubić. Lekarza psychoterapeutę, który sam powinien leczyć się u psychiatry. Oraz femme fatale, jakiej dawno nie widziano. Julianne Moore gra (znakomicie!) karierowiczkę walczącą o rolę, za którą jej matka, również aktorka, dostała kiedyś Oscara. Pójście razem do łóżka z reżyserem i jego kochanką to zaledwie początek jej diabelskiej drogi. „Uwielbiam Hollywood i show-biznes” – deklarowała uśmiechnięta aktorka, odcinając się od wrednej postaci.

Julianne Moore jako femme fatale. Fot. Cannes Festival

W Beverly Hills, czyli w raju, gdzie dostęp do środków odurzających jest nieograniczony, wszyscy mają halucynacje. Prześladują ich koszmary i jest to zdecydowanie najbardziej optymistyczny wątek „Maps to the Star”, gdyż dowodzi, że resztki wyrzutów sumienia w tym zepsutym do szpiku kości świecie jeszcze nie wyparowały.

Film Cronenberga porusza, ale nie aż tak mocno jak „Foxcatcher” Bennetta Millera – spora niespodzianka festiwalu – perfekcyjnie wyreżyserowany oraz zagrany dramat odsłaniający moralne bankructwo, kompletną miazgę amerykańskiej arystokracji. Dla odmiany „Foxcatcher” jest filmem opartym na faktach. Przypomina mało znaną historię zabójstwa jednego z braci Schultzów, wybitnego sportowca, zapaśnika, zdobywcy złotego medalu olimpijskiego w Los Angeles w 1984 r. Zbrodni dokonał jeden z najbogatszych ludzi Ameryki John du Pont, główny sponsor i trener drużyny zapaśniczej.

Oscarowe role Steve’a Carella i Channinga Tatuma. Fot. Cannes Festival

Wbrew pozorom „Foxcatcher” nie jest thrillerem czy kryminałem, tylko mrocznym, przenikliwym studium patologicznej, sadomasochistycznej relacji. Między niezrównoważonym psychicznie, uzależnionym od matki, chorobliwie zakompleksionym, starym, aseksualnym, cierpiącym na manię wielkości miliarderem a biednym, zagubionym, opuszczonym przez ojca, niepewnym swojej tożsamości, wybitnie utalentowanym sportowcem. Skojarzenie z „Mistrzem” Paula Thomasa Andersona narzuca się w sposób jednoznaczny. Nie odbiera blasku filmowi Millera. „Foxcatcher” wydaje się nawet na tym tle odrobinę inteligentniejszy, głębszy, przystępniejszy w odbiorze i kto wie, czy nie lepiej diagnozuje schizofrenię amerykańskiego społeczeństwa.

Jeśli „Foxcatcher” nie dostanie jednej z głównych nagród, to bez wątpienia wypłynie w czasie nominacji oscarowych. Role Steva Carella (du Pont) i Channinga Tatuma (Mark Schultz) zwalają z nóg.

A skoro o nagrodach mowa. Mocno podzielił canneńską publiczność poetycki esej Japonki Naomi Kawase „Still The Water”. Dla jednych wybitne osiągnięcie na miarę „Drzewa życia” Malicka czy „Wujka Boonmee” Apichatponga Weerasethakula. Tajemnica umierania, symbioza między człowiekiem a naturą, pamięć miejsca, w którym się wychowywało, droga duchów i łańcuch pokoleń – to wszystko stanowi główny nurt refleksji reżyserki, wyraźnie zakorzeniony w tradycji shintoistycznej. Inni w pozbawionym niemal fabuły filmie Kawase widzą jedynie banalnie opowiedzianą bajkę o dojrzewaniu i śmierci. W dodatku nakręconą z pogwałceniem zasad, gdyż autorka na potrzeby dwóch scen z premedytacją uśmierca na planie prawdziwe zwierzęta.

Jedność człowieka i natury. Kadr z filmu „Still the Water”, reż. Naomi Kawase

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php