Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

Obrazy i liczby

Mrukliwy abnegat. Rozwadniał farbę śliną. Wcierał tabakę w swoje obrazy. Żeby namalować sztorm, kazał się przywiązać do masztu rozhuśtanego na morzu statku. Joseph Mallord William Turner, największy brytyjski pejzażysta epoki romantyzmu, w dwuipółgodzinnym biograficznym dramacie Mike’a Leigh „Mr. Turner” przypomina gnoma. Brzydki, przygarbiony, z dziurawymi zębami, porusza się niezgrabnie, nienaturalnie szybko. Gdy ma do pokonania schody, z największą trudnością po nich skacze. Jego fizyczność jest odrażająca. Psychika zresztą też. Chorą umysłowo matkę umieścił w przytułku. Zostawił żonę. Dwie dorastające córki traktował jak powietrze. Gdy jedna umarła, nie raczył nawet przyjść na jej pogrzeb. Kłamał, że nie ma rodziny. Wykorzystywał seksualnie oddaną, zakochaną w nim służącą, nie przyszło mu jednak na myśl, by jej pomóc, gdy łuszczyca i świąd zżerały skórę na jej twarzy.

Kontrast między wzniosłym, tajemniczym pięknem malarskiej twórczości a odpychającą powierzchownością genialnego artysty to jeden z motywów filmu. Drugim tematem jest blokada emocjonalna, zachwiana tożsamość starego mistrza, który wszystko, co najistotniejsze w człowieku, wyrażał opisem bezludnego krajobrazu. Za pomocą światłocienia, kolorystyki (słynna „żółta febra”), niejednoznacznej, spowitej mgłą natury. Leigh skupia się na ostatnim okresie działalności Turnera, gdy ten porzuca technikę realistyczną na rzecz budzącej powszechne niezrozumienie poetyckiej ewokacji. Na jego samotności.

Timothy Spall w roli J.M.W. Turnera (1775–1851) – pierwszy kandydat do nagrody aktorskiej. Fot. Cannes Festival


Najbardziej poruszająca emocjonalnie scena rozgrywa się w burdelu. Gdy Turner każe 22-letniej prostytutce przybrać miłosną pozę, niczym Mai z obrazu Goi. Przyglądając się jej urodzie (w ubraniu), wydaje z siebie trudny do opisania jęk, jakby łkanie albo charkot konającego. Dzięki fenomenalnej, lecz momentami lekko przerysowanej roli Timothy Spalla, czuje się potworną rozpacz przemijania. Żal za tym, co bezpowrotnie minęło. Udrękę bycia w skorupie starzejącego się, odmawiającego posłuszeństwa ciała.

„Mr. Turner” nie jest arcydziełem. Jednak wypada go zaliczyć do najwybitniejszych osiągnięć autora „Sekretów i kłamstw”. Może trochę za bardzo przypomina opis obyczajów epoki. Serial BBC. Wszystko jest tu na swoim miejscu. Bezbłędne aktorstwo. Staranna reżyseria. Utrzymane w klimacie obrazów Turnera, wystylizowane zdjęcia Dicka Pope’a. Nie zostaje nawet pominięta pamiętna kwestia „słońce jest bogiem”, przypisywana Turnerowi na łożu śmierci. Brakuje tylko większego emocjonalnego zaangażowania.

Marion Bailey, Mike Leigh (reżyser), Timothy Spall, Dorothy Atkinson – ekipa "Mr. Turnera". Fot. Cannes Festival


Jeszcze – na koniec – trochę statystyki. Organizatorzy Cannes ujawnili, że w ramach selekcji obejrzeli półtora tysiąca filmów. Dla porównania w roku 1994 wzięli pod uwagę zaledwie 510 tytułów. W 1966 roku imprezę obsługiwało 700 przedstawicieli mediów. Dwie dekady później cztery razy więcej. W tym roku zjawi się łącznie ok. 30 tysięcy gości, w tym prawie dwa tysiące artystów, 4,5 tys. agentów sprzedaży i prawie 5 tysięcy producentów. Dziesięć lat temu liczba zaproszonych była o połowę mniejsza. Nie przekraczała 19 tysięcy.

Tłumy na otwarciu festiwalu. Fot. Janusz Wróblewski


Spośród laureatów Złotej Palmy ostatniego 15-lecia największą popularnością cieszył się kontrowersyjny dokument Michaela Moore’a „Fahrenheit 9/11” (zarobił 222,4 mln dolarów). Drugie miejsce zajmuje nasz „Pianista” Romana Polańskiego (120,1 mln $ na koncie). Trzecie przypadło „Drzewu życia” Terrence Malicka (58,5 mln $). Zdecydowanym outsiderem na canneńskiej liście box office’u jest tajski eksperyment „Wujek Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia” Apichatponga Weerasethakula, który zdołał zarobić zaledwie 1,2 mln dolarów.

Generalnie filmy prezentowane w Cannes nie odnoszą spektakularnych sukcesów komercyjnych. Dowodzi tego również fakt, że spośród wszystkich biorących udział w konkursach w ciągu ostatnich pięciu lat jedynie dwie produkcje przyniosły więcej niż sto milionów dolarów zysku. „Bękarty wojny” Quentina Tarantino (311 mln $) i „Artysta” Michela Hazanaviciusa (135 mln $).

Jeszcze większą niespodzianką jest to, że tylko dwukrotnie zwycięzcy festiwalu otrzymywali Oscara w kategorii „najlepszy film”. Ale zdarzyło się to blisko pół wieku temu. W 1955 r. dwie najważniejsze nagrody filmowe na świecie zgarnął melodramat „Marty” Delberta Manna, a w 1946 r. „Stracony weekend” Billy’ego Wildera.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php