Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie

22.05.2015
piątek

Seks i wielka tajemnica

22 maja 2015, piątek,

Kto widział „Nieodwracalne” albo „Wkraczając w pustkę” francuskiego skandalisty Gaspara Noégo, mógł się spodziewać, że jego najnowsza produkcja w 3D o enigmatycznym tytule „Love” nie będzie konwencjonalną love story.

I rzeczywiście, zapowiadana przez twórcę jako wyzbyta jakichkolwiek niedopowiedzeń historia seksualnego zauroczenia dwojga dwudziestopięciolatków robi pewne wrażenie, ale szokuje wyłącznie narcyzmem reżysera.lovWidzowie obyci z twardą pornografią poczują się nawet zawiedzeni. Owszem, jest kilka spektakularnych ujęć, które przekraczają granice – tylko trudno powiedzieć, jakie, bo to dla każdego rzecz względna. Czy ukazany w dużym zbliżeniu wytrysk i lecąca prosto w obiektyw kamery sperma narusza poczucie dobrego smaku, bulwersuje, kogokolwiek obraża? Czy widok łóżkowych harców dwóch kobiet i mężczyzny narusza obyczajowe tabu? A migawki z seksklubu, gdzie facet może włożyć swojego penisa w co mu się tylko podoba – brzydzi, zaskakuje, podnieca?

Dla jednych to żałosne, dla innych ciekawostka, sądząc jednak po reakcjach widzów oraz pierwszych recenzjach, większość poczuła się znudzona. W trwającym 134 minuty filmie ponad połowę czasu zajmują akty kopulacji. Aktorzy Karl Glusman, Aomi Muyock, Klara Kristin uprawiają seks naprawdę.

Ambicją reżysera było jednak coś więcej niż dosadne zilustrowanie wybuchu namiętności między amerykańskim studentem wydziału reżyserii paryskiej szkoły filmowej i początkującą artystką malarką.

Miała to być wysoce inteligentna, rewolucyjnie szczera spowiedź w duchu – jeśli można tak powiedzieć – anty-„Nimfomanki” Larsa von Triera. Coś w rodzaju kontynuacji dekadenckiej dylogii Bertolucciego (wytrawni kinomani dostrzegą dyskretne nawiązania do „Ostatniego tanga w Paryżu” i „Marzycieli”) o tym, co tak naprawdę dzieje się w sferze psychicznej i fizycznej, gdy dwoje kochanków obiecuje sobie miłość bez zahamowań.Love2Murphy i Electra – tak się nazywają młodzi bohaterowie „Love” – poznają się w paryskim parku i po udanym seksie obiecują zaspakajać swoje najskrytsze fantazje erotyczne. Wierzą, że przyniesie im to szczęście, zwiększy przywiązanie i poszerzy przestrzeń zmysłowych doznań. Perwersja i przemoc zostają przez reżysera wykluczone z pola widzenia. Ona marzy skrycie o seksie z kobietą, on nie ma nic przeciwko trójkątowi w realu.

Są egoistami, hedonistami, szukają dodatkowych bodźców w narkotykach. Nie biorą jednak pod uwagę, że istnieje zazdrość, która na przekór wyobraźni domaga się monogamii.

Historię niedojrzałej, szalonej miłości – zakończoną tragicznym rozstaniem oraz prawdopodobnie samobójstwem Electry – poznajemy od końca, to znaczy, gdy Murphy w głębokiej depresji z niechcianym dzieckiem i kobietą, której nie kocha, pogrąża się w smutku, nie mogąc dojść do siebie po tym, co się stało.

Gaspar Noé miota się między celebracją romantyzmu (emocje i uczucia mają być wyrażane intensywnością fizycznego zbliżenia) a pornografią, co wydaje się sprzecznością samą w sobie. Jedyne sceny, w których czuje się jakieś autentyczne zaangażowanie miłosne bohaterów, to momenty odpoczynku po seksie, gdy oboje leżą nadzy. Wszystko inne ma wymiar jakiejś totalnej mistyfikacji. Wygląda na sentymentalne porno.

Do tego dochodzi niezbyt sympatyczny – eufemistycznie mówiąc – charakter Murphy’ego, który jak na idealistę trochę za często zdradza swoją partnerkę, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Jego niemądre przemyślenia w stylu „nie wiedziałem, że życie jest tak trudne” – tylko film pogrążają.GasparNoeLove„Love” prezentowana oczywiście poza konkursem wywołała więcej śmiechu niż zgorszenia.

W niedzielę wieczorem uroczyste zakończenie imprezy. U bukmacherów największe szanse na Złotą Palmę ma wysmakowany wizualnie, chiński dramat kung-fu „The Assassin” Hou Hsiao-Hsiena, którego akcja osadzona jest w IX wieku, gdy w państwie pod rządami dynastii Tang (618-907) rodzi się bunt w jednej z północnych prowincji.

Wbrew filmowej konwencji nie jest to typowe kino sztuk walki. Bardziej chodzi o medytację nad losem, upływem czasu. Wyszkolona morderczyni na usługach swojej ciotki zamiast zabijać wzbrania się przed stosowaniem przemocy. Wolne tempo, tajemnicze piękno górskiej przyrody dają namiastkę obcowania z wielką tajemnicą.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php