Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie

21.05.2016
sobota

Kto dostanie Złotą Palmę?

21 maja 2016, sobota,

Nie ma wyraźnego faworyta. Na dziennikarskiej giełdzie wymienia się różne nazwiska. Może Jarmusch za „Petersena”? Niedzisiejszy film wyjęty jakby z archiwów poprzedniej epoki byłby ukoronowaniem wieloletniej kariery lidera amerykańskiego kina niezależnego. Wyróżnieniem za całokształt. Może nikomu nieznana Niemka Maren Ade za „Toni Erdmanna”? Canneńska debiutantka, autorka zaledwie trzech fabuł, zewsząd zbiera komplementy. Złota Palma byłaby chyba jednak dla niej trochę na wyrost.

Wraca też kandydatura Andrei Arnold i jej „American Honey”. Za hiphopowym kinem drogi o nastolatkach bez przyszłości (które część widowni wyśmiała) przemawia luzacki sposób realizacji, aktorstwo, wyrazista muzyka, no i to, że wyreżyserowała je utalentowana kobieta. Organizatorom festiwalu szalenie zależy, żeby w tym roku najważniejsze trofeum trafiło w ręce artystki. Oprócz Jane Campion („Fortepian”) nigdy więcej się to nie zdarzyło.

Ostatnie dni nie przyniosły rozstrzygnięcia. Dramat żałobny „Just la fin du monde” Xaviera Dolana spodobał się fanom młodego Kanadyjczyka (ma ich wielu), ale film nie jest tak dobry jak choćby „Mommy”. Adaptacja sztuki teatralnej Jean-Luc Legarce’a wydaje się efektownym szkicem, wprawką na temat nieporozumień w rodzinie, którą główny bohater, sławny trzydziestoletni pisarz, opuścił 12 lat temu, a teraz do niej wraca, żeby wyznać, że jest śmiertelnie chory. Nikt z jego bliskich nie jest jednak zainteresowany poważną rozmową. Odżywają natomiast zamiatane pod dywan pretensje, urazy, kompleksy.

Oparty na jednym, skromnym koncepcie film nie daje satysfakcji w przeciwieństwie do „Forushande” Irańczyka Asghara Farhadiego – wielowarstwowej opowieści o pysze, upokorzeniu, zemście i dochodzeniu do prawdy w represyjnym społeczeństwie, w którym nie wolno wypowiedzieć jej na głos. Temat, jak zwykle u autora „Rozstania”, mocno zakorzeniony w irańskiej rzeczywistości, ale potraktowany bardzo uniwersalnie. Rzecz dotyczy tabuizowanej w kulturze islamu kwestii gwałtu (kobieta przyznająca się, że została zgwałcona, automatycznie jest o to obwiniona).

Historię aktorki napadniętej w swoim domu przez nieznanego mężczyznę oglądamy oczami jej męża. Urażona męska duma każe mu odnaleźć sprawcę i wymierzyć sprawiedliwość. Zanim to nastąpi, Farhadi dokonuje wolty w podobnym stylu co Kieślowski w „Krótkim filmie o zabijaniu”. Widz całym sercem stoi najpierw po stronie ofiar, a w finale role się odwracają.

Prawdziwą bombą okazał się jednak pokazywany na deser thriller „Elle” Paula Verhoevena – śmieszna, szokująca, perwersyjna, błyskotliwa opowieść, rozbijająca w pył naiwne wyobrażenia o współczesnych relacjach seksualnych. Francuska gwiazda Isabelle Huppert (bez niej film nie robiłby tak piorunującego wrażenia) gra córkę seryjnego zabójcy dzieci, który odsiaduje dożywocie. Jest znienawidzoną, nieuznającą żadnych zasad szefową firmy wypuszczającej na rynek ultrabrutalne gry komputerowe. Gdy zostaje zgwałcona przez osobnika w stroju lateksowym, podejmuje z nim sadomasochistyczną grę.

Po reżyserze „Robocopa”, „Nagiego instynktu”, „Showgirls” można się było spodziewać megakiczu – wszystkiego, tylko nie tak bezpretensjonalnie przewrotnego, zrealizowanego z taką swobodą, a przy tym boleśnie przenikliwego filmu zacierającego granicę między tym, co przyjemne, a tym, co okrutne. Wyśmiewającego przy okazji rozmaite transgresje, obyczajowe uprzedzenia i puste religijne rytuały (pielgrzymowanie do Santiago de Compostela, oglądanie mszy celebrowanych przez papieża w telewizji, rodzinnych wigilii).

Za wypowiadane z wdziękiem bluźnierstwa, obnażanie ludzkich słabości nagród raczej się nie przyznaje. Co nie znaczy, że „Elle” nie należy się godne miejsce. Powiedzmy: między Bunuelem („Viridiana”) a Cronenbergiem („Crash”).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php