Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie

23.05.2016
poniedziałek

Kino, które ma zmieniać świat

23 maja 2016, poniedziałek,

Nie faworyzowany Jim Jarmusch („Paterson”), nie odkrycie festiwalu Niemka Maren Ade („Toni Erdmann”), tylko Ken Loach, brytyjski klasyk kina zaangażowanego, otrzymał Złotą Palmę za „I, Daniel Blake”, interwencyjny dramat o bezrobotnych.

Loach, za trzy tygodnie obchodzący 80. urodziny, zapowiedział niedawno, że odchodzi na emeryturę. Wrócił, żeby zaprotestować przeciwko katastrofie, do której jego zdaniem doprowadziła neoliberalna ideologia. – Musimy uwierzyć, że inny świat jest możliwy – przekonywał reżyser, odbierając już po raz drugi w swojej karierze tę nagrodę (pierwszy raz dostał ją 10 lat temu za „Wiatr buszujący w jęczmieniu” o wojnie domowej w Irlandii).

Ken Loach

Ken Loach

Żyjemy w groźnych czasach. Od Grecji do Portugalii tworzą się coraz większe obszary nędzy. Odradza się prawica. Starsze pokolenie doskonale pamięta, czym to się skończyło – przypominał, deklarując, że należy do tych twórców, którzy zawsze stają po stronie krzywdzonych i słabych. Dziękował też festiwalowi w Cannes jako miejscu, które wypełnia misję. – Kino nie może być tylko rozrywką, musi mieć odwagę wypowiadać się w imieniu bezbronnych, by walczyć z niesprawiedliwymi rządami.

„I, Daniel Blake” jest krzykiem lewicowego twórcy w obronie ludzi, którzy nie ze swojej winy znaleźli się na dnie. Tytułowy Daniel Blake to samotny stolarz po dwóch zawałach, którego pomoc społeczna – grzecznie i stanowczo – pozbawia szans na godne życie. Nieprzychylnie nastawieni urzędnicy nie widzą w nim człowieka, tylko uciążliwego petenta, na którym można jeszcze nieźle zarobić. W podobny sposób jest traktowana przymierająca głodem porzucona matka z dwojgiem małych dzieci, zmuszona do opuszczenia zastępczego mieszkania w Londynie.

Historie zostały wzięte prosto z życia. Loach i scenarzysta Paul Laverty osadzili je w Newcastle, gdyż tam znaleźli najwięcej przypadków łamania praw człowieka. Krytycy pisali o kafkowskiej atmosferze, absurdalnych przepisach uniemożliwiających zwykłym ludziom normalne funkcjonowanie. O biurokratycznym murze.

Większość nagrodzonych filmów przez jury pod przewodnictwem Australijczyka George’a Millera niesie podobne przesłanie. „Bacalaureat” Cristiana Mungiu (laur za reżyserię ex aequo z „Personal Shopper” Oliviera Assayasa) to bezlitosny opis korupcyjnych układów trawiących rumuńskie społeczeństwo. Młode pokolenie z obrzydzeniem obserwując uwikłanie rodziców, przejmuje od nich najgorsze cechy. W „American Honey” (Prix du Jury) pod maską beztroskiej zabawy dzieciaków Brytyjka Andrea Arnold pokazała koszmar rywalizacji i destrukcyjne oblicze korporacyjnego systemu. „Ma’Rosa” Filipińczyka Brillante Mendozy (nagroda aktorska dla nikomu nieznanej Jaclyn Jose – największa niespodzianka werdyktu) to boleśnie naturalistyczny spektakl nadużyć policji łamiącej prawo przy rozpracowywaniu siatki narkotykowych dilerów. Po autorze „Mad Maxa” spodziewano się raczej, że doceni inne tytuły, bardziej rebelianckie, ale raczej od strony formalnej niż ideologicznej.

Nie dziwią natomiast aż dwie nagrody przyznane dramatowi „Forushande” Irańczyka Asghara Farhadiego. Za scenariusz oraz za najlepszą kreację męską – Shahaba Hosseiniego. Przenikliwy, prowokujący dramat osadzony głęboko w realiach kultury islamu ma szansę wywołać tam dyskusję na temat zemsty, wymierzania sprawiedliwości w przypadku oskarżenia o gwałt. Film Farhadiego nie jest tak doskonały jak „Rozstanie”, ale dorównuje mu pod względem mocy oddziaływania na wyobraźnię i emocje. Świetne, dojrzałe kino przypominające „Krótki film o zabijaniu” Kieślowskiego.

Drugą co do ważności nagrodę Grand Prix Jury odebrał pupilek festiwalu młody Kanadyjczyk Xavier Dolan za „Juste la fin du monde”, ekranizację sztuki o śmiertelnie chorym pisarzu próbującym po latach niewidzenia z bliskimi pojednać się z nimi. Rodzina okazuje się inna, niż on tego oczekuje. Zamiast zrozumienia, ciepła, wyciągnięcia dłoni wychodzą na jaw kompleksy, dawne urazy, zostaje odrzucony. Film ma klasę, dobre tempo, ale trzyma się dzięki znakomitym aktorom: Vincentowi Casselowi, Marion Cotillard, Lei Seydoux oraz Nathalie Baye w roli ekscentrycznej, despotycznej matki, niepotrafiącej zapanować nad rodzinnymi waśniami. Subtelny, osobisty, żałobny tren. W dorobku Dolana są jednak lepsze pozycje.

Xavier Dolan

Xavier Dolan

Podsumowanie tegorocznego festiwalu w Cannes znajdziecie w POLITYCE 24 maja (wydanie cyfrowe dzień wcześniej).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php