Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie Cannes na żywo - Janusz Wróblewski bloguje z festiwalu filmowego w Berlinie

Palma dla Turcji

Złotą Palmę dla tureckiego „Snu zimowego” Nuri Bilge Ceylana można porównać do wygranej „Wieczności i jednego dnia” Theo Angelopoulosa czy „Smaku wiśni” Abbasa Kiarostamiego. Krytycy i jurorzy są zachwyceni, lecz publiczność kinowa, gdy trudny, elitarny film trafi do kin, trzy razy się zastanowi, czy kupić bilet.

„Sen zimowy” przypomina teatr. Albo ekranizację nieznanej powieści Dostojewskiego. Czuje się epicki rozmach, jednak większość prawie trzyipółgodzinnego dramatu rozgrywa się w małych, ciasnych pomieszczeniach, w których bez końca toczą się filozoficzne rozmowy. Na przykład: czy wolno nie reagować na zło? Jak zaradzić biedzie? Co uszczęśliwia człowieka? Dlaczego dobre intencje obracają się przeciwko temu, kto chce pomóc lub coś zmienić? Kiedy miłosierdzie okazuje się błędem?

„Sen zimowy” różni się w znacznym stopniu od „Trzech małp”, „Uzaka”, „Pewnego razu w Anatolii”. Wydaje się najbardziej dosłownym filmem Ceylana. Wszystko, co ważne, zostaje w nim wypowiedziane w dialogach. Jakby obraz tym razem znaczył mniej. Ale to nieprawda. Najważniejsze kwestie nie padają. Tajemnicą okazuje się sposób w jaki ukazany jest świat. Czyimi oczami się go ogląda.

Film jak literatura – Złota Palma dla „Snu zimowego”

Film jest medytacją nad losem artysty, pisarza, niegdyś aktora, który lekceważy ludzi, rani najbliższych, myli miłość z zazdrością. Jest inteligentny, bogaty, arogancki, ale ma kłopoty z samooceną, nie potrafi współczuć. Mieszka w kapadockiej wsi, prowadzi z rodziną ekskluzywny hotel. Poznajemy go w chwili kryzysu małżeńskiego i twórczego. Ceylan szkicuje jego portret – wielostronny, przenikliwy, z uwzględnieniem skomplikowanego tła społecznego. Pretekstem staje się błahe wydarzenie. Chłopiec z ubogiego domu rozbija szybę w samochodzie. A potem nie chce przeprosić i zostaje upokorzony. Wina dziecka okazuje się niczym w porównaniu z egoizmem, wyniosłą obojętnością artysty, przedstawiciela klasy rządzącej.

Ceylan zmienia punkty widzenia. Swoje ma do zarzucenia pisarzowi jego rozwiedziona siostra. Inne problemy wyciąga jego potulna, niepotrafiąca przy nim rozwinąć skrzydeł młoda żona. „Sen zimowy” wnosi gorzkie spojrzenie na patriarchalną kulturę współczesnej Turcji, mówi wiele o silnych antagonizmach społecznych między bogatymi i biednymi i niemożności ich rozwiązania. Pokazuje, że na tureckiej prowincji czas stoi w miejscu, a niewypowiedziany ból i tłumiona chęć odwetu tych najbardziej krzywdzonych stanowi groźny punkt zapalny.

Artyści i wojna. Te dwa tematy zdominowały tegoroczny festiwal. W przeciwieństwie do „Snu zimowego” na spory odzew publiczności może liczyć kilka innych nagrodzonych tytułów. Szanse oscarowe ma na pewno psychologiczne studium charakterów „Foxcatcher” Amerykanina Bennetta Millera (wyróżnione w Cannes za reżyserię) z rewelacyjnymi kreacjami aktorskimi Steve’a Carella, który zagrał trenera kadry zapaśniczej oraz Channinga Tatuma, jako mistrza olimpijskiego.

Również Julianne Moore z „Map to the Stars” Kanadyjczyka Davida Cronenberga (najlepsza aktorka festiwalu) już teraz wymieniana jest w gronie faworytek w wyścigu po Oscary. Jeśli dodamy do tego wybitną rolę Brytyjczyka Timothy Spalla (najlepszy aktor) w niesamowicie sugestywny sposób wcielającego się w zablokowanego psychicznie malarza J.M.W. Turnera zainteresowanego bardziej światłem niż ludźmi w dramacie biograficznym Mike’a Leigh „Mr. Turner”, otrzymamy całkiem obiecujący przedsmak emocji czekających nas za pół roku.

Timothy Spall – najlepszy aktor festwialu. Fot. Cannes Festival

Zdaniem wielu komentatorów zakończony w niedzielę festiwal był jednym z najlepszych w ostatnich latach. Za największą pomyłkę należy jedynie uznać przyznanie Nagrody Jury (przewodniczącą była Nowozelandka Jane Campion) bełkotliwemu, pretensjonalnemu pseudoesejowi „Goodbye Language” Jean-Luc Godarda. Konsternacja, jaka zapanowała po pierwszej projekcji tego filmu, z niczym nie da się porównać. Zdezorientowani aktorzy uśmiechali się do publiczności, ale przezornie odwołali konferencję prasową. Nikt nie chciał tłumaczyć, „co autor miał na myśli”.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

 
css.php